Kategoria felieton

Dlaczego uczę się dopiero na błędach? 

Odkąd pamiętam, niezależnie od wieku i stanu ducha o wszystkim musiałam się przekonać sama i na własnej skórze. Mimo ostrzeżeń, znaków i nawet przeczucia – nie słuchałam nikogo, ba, często nawet nie słuchałam samej siebie, bo przecież spróbować trzeba. Szłam prosto w ogień nie zważając na nikogo i na nic.  Wszystko zaczęło się w przedszkolu, kiedy w czwarte urodziny stwierdziłam, że wszystko mi wolno, bo przecież w urodziny nikt nie będzie egzekwował ode mnie posłuszeństwa. Testowałam więc cierpliwość pani przedszkolanki i wszystkich napotkanych osób, które po wielu godzinach mojego swawolenia postanowiły jednak ustawić mnie do karnego kąta. Nie zastanawiałam się długo, spakowałam kredki, blok rysunkowy, buty na zmianę i postanowiłam wyprowadzić się z przedszkola - nikt przecież mnie nie będzie tak traktował w urodziny… Potem przyszło mi przepraszać i publicznie żałować za tę całą ekstrawagancję, choć w duchu nie żałuję do tej pory.

Born this wayW szkole nie było lepiej – nigdy nie należałam do grupy tych grzecznych i gotowych do podporządkowywania się obowiązującym regułom. Musiałam więc robić swoje i starać się bardziej, bo wyrobiona opinia na mój temat nie była tu sprzymierzeńcem. Chyba w tamtym czasie lubiłam ryzyko, bo nie czułam satysfakcji, póki nie robiło się naprawdę poważnie. Wypowiadane w moją stronę „uważaj”, „to nieodpowiedzialne”, „zrób tak” działały jak płachta na byka – robiłam dokładnie odwrotnie niż mi nakazano.

Co jest z człowiekiem nie tak, że nie słucha rad innych? Przecież są mądrzejsi, bardziej doświadczeni i wiedzą więcej na temat życia, bo mają swoje lata i po prostu etap głupoty przećwiczyli na własnej skórze. Dlaczego kobiety zakochują się w tych niegrzecznych chłopcach, wchodzą w związki, które z góry skazane są na niepowodzenie? Dla dreszczyku emocji? Dlaczego chłopaki wybierają te najpiękniejsze dziewczyny w klasie, a potem nie śpią po nocach, bo boją się, że ktoś im je ukradnie? Dlaczego człowiek skonstruowany jest tak, że dopiero popełniony przez niego błąd traktuje jak lekcję. Uczą nas tylko ćwiczenia, praktycznie – nie wyciągamy nic z lekcji teorii, które dają nam najbliżsi – profesorowie życia – rodzice, dziadkowie, starsze rodzeństwo. Oczywiście słuszna jest teoria, że nikt nie wie lepiej co jest dla nas dobre niż my sami. Kurczowo się tej teorii trzymamy i popełniamy te wszystkie błędy, wpisujemy to w swoją rubrykę ze straconymi punktami i nieprzespanymi, a czasem nawet przepłakanymi nocami.  Zastanawiający jest ten bunt i sprzeciw, który wywołują dobre rady i ostrzeżenia kierowane w naszą stronę. Bo jeśli posłuchamy to okażemy się słabi i bez własnego zdania? Czy pojawia się on dlatego, że pod skórą czujemy, że ktoś ma rację, a w nas się gotuje, bo nie chcemy, żeby ta racja była po jego stronie… W pewnym momencie się gubimy, uciekamy przed dobrymi radami, przed swoją intuicją i wszystkim co może nas spotkać. Tym dobrym i złym. Dochodzimy do momentu, że ryzyko jest zbyt duże. Ja chyba właśnie ten etap uważam za najtrudniejszy. Być może to dojrzałość albo po prostu doświadczenie.  Ryzykować już się trochę boję… bo wiem jak smakuje kolejna nieprzespana noc i jak długo potem muszę się zbierać do kupy. Na siebie sprzed kilku lat patrzę potępiającym wzrokiem, znajomym, tym który był wówczas w oczach moich bliskich. Tylko co, jeśli przez ten strach i tak zwaną dojrzałość omija nas to co może być dla nas najlepsze? Czy lepiej jest być zachowawczym i nie czuć nic – czy przez moment zatracić się w tym szaleństwie i ryzykować. Czuć najmocniej i najintensywniej – nawet jeśli tylko przez chwile… Czy na starość będziemy wspominać te chwile posłuszeństwa czy chwilowy zryw, który przysporzył nam więcej przeżyć niż kilkanaście lat życia z zgodzie z zasadami i ogólnie pojętym rozsądkiem.  Na szczęście każdy może wybrać drogę najlepszą dla siebie…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *